Sześciolatki parę lat później

Problem posyłania dzieci wcześniej do szkoły nie jest tylko problemem sześciolatka, ale człowieka, który potem będzie kilka kolejnych progów przechodził rok wcześniej. Problem przyspieszenia edukacji jest znacznie szerszy.

Na temat samej pierwszej klasy powiedziano już bardzo wiele. Ja pisałem o tym tutaj:

Dzieci nie chcą iść wcześniej do szkoły

Wspomnę jeszcze o tym parę słów na koniec, ale tutaj chciałem was zaprosić do spojrzenia znacznie dalej. Bo te dzieci, które teraz pójdą rok wcześniej do szkoły, także kolejne progi będą przechodzić wcześniej.

Próg IV klasy

To chyba najbardziej niedoceniany schodek na drodze edukacyjnej. Niby nadal podstawówka, a w trakcie wakacji między III a IV klasą wszystko robi wielkiego fikołka. Pedagodzy wyspecjalizowani w pracy z dziećmi zostaną zamienieni przez polonistów, historyków, geografów itp. W miarę jednolicie prowadzone lekcje zmienią się na kilku nauczycieli wymagających czegoś innego. Mnogość podręczników, zmiana wymagań, wychowawcy, do którego dziecko się przez trzy lata przywiązało – każdy kto przeszedł ten próg ze swoim dzieckiem wie, że owszem da się to zrobić – ale jest to wymagający moment.

Labirynt szóstoklasisty, czyli duże zmiany w życiu dziesięciolatka


Propozycja (o ile przymus można nazwać propozycją) pójścia rok wcześniej do szkoły powoduje, że dziecko te wyzwania musi podjąć rok wcześniej. Tymczasem jego mózg nadal ma swoje tempo rozwoju – ustalone tysiące lat temu. On się nie zmieni, bo minister ten lub ów poprosi dzieci by poszły wcześniej do szkoły. Dlatego ten próg III-IV stanie się znacznie wyższy, a proszę mi wybaczyć wątpliwość, nie do końca ufam, że szkoły będą na to gotowe. A przynajmniej nie mam podstaw w postaci choćby małej wzmianki na ten temat.

Próg gimnazjalny


Także gimnazjum, które w miarę broni swojej racji bytu na zasadzie ładnej granicy między dzieciństwem a dojrzewaniem teraz zachwieje się w swoich założeniach. Ktoś, kto ponad 10 lat temu został nazwany dzieckiem (bo z jakiegoś powodu reforma zakładała gimnazjum po VI, a nie V klasie) teraz będzie nazwany młodzieżą. A jak już wiemy, mózg się nie da nabrać. Sama nazwa niczego nie zmieni i kolejny etap, w którym granica 12 lat była w miarę bezpieczna, zostanie przesunięty o rok. Dzieci zmieszamy z młodzieżą, a usilne starania oszukiwania mózgu przez 11-latków w towarzystwie starszej młodzieży mogą być naprawdę trudne. Podpychanie do przodu w świat młodzieży nie musi być marzeniem dziecka. Znacznie bardziej bym cenił sobie głód bycia w gimnazjum, pragnienie przejścia kolejnego etapu, które może się pojawić u VI-klasisty.

Trochę łagodniej wygląda to na granicy między gimnazjum i liceum. Myślę jeszcze, czy 18-latek jest gotowy na podjęcie życiowej decyzji na temat studiów. Myślę o 18-latkach 200 lat temu, oni jakoś dawali radę. Pytanie, czy chodzi o to, żeby to robić „jakoś” czy też mądrze. Choć nie wiem, czy problem niedojrzałych młodych dorosłych jest problemem progów szkolnych czy raczej wychowania w domu i metod edukacyjnych jako całości.

Rocznik wyścigu szczurów

Boję się jeszcze o jeden rocznik. Dzieci które idą do szkoły wcześniej z wyboru rodziców, to jakiś określony procent z całego rocznika. W pewnym momencie wybór się skończy i w jednym roczniku znajdzie się 100% jednego rocznika i wszyscy ci, których rodzice zdecydowali się poczekać rok dłużej we wcześniejszym roku szkolnym. Wyjdzie nam gigantyczny rocznik, który często będzie rywalizował ze sobą – najpierw o najlepsze gimnazja (a może nawet podstawówki, gdzie castingi też się zdarzają). Potem o licea, a na końcu o studia wyższe. Cóż, prywatne placówki zacierają ręce, ale pytanie jak państwo odpowie na ten istny wyścig „szczurów” z przeładowanego rocznika? Czy na ten wyścig będą gotowi ci, którzy podejmują te wyzwania rok wcześniej?

Magia inicjacji

Obiecałem, że na koniec napiszę jeszcze o tej pierwszej klasie, aczkolwiek owa Magia Inicjacji ma swoją moc na każdym etapie życia. Rodzice czasami bardzo mocno i pięknie potrafią podkreślić przejście na kolejny etap. Robimy to w urodziny dzieci, katolicy wykorzystują do tego komunię świętą czy bierzmowanie. To taki moment, kiedy gratulujemy dziecku tego, że jest już na kolejnym etapie, że jego pragnienie dorastania doszło do kolejnego etapu. To czas na pozytywne zmiany obowiązków i przywilejów. Czas świętowania i radowania się.

Takimi naturalnymi inicjacjami są właśnie etapy szkolne. Natomiast smak inicjacji, całą korzyść z niej płynącą może zepsuć owo zderzenie z wyzwaniem nie skrojonym na miarę dzieci. One są twardzielami, dostosują się na pewno do pierwszej klasy, do czwartej i do gimnazjum. Niemniej cały czar inicjacji, czekania na to wydarzenie przejścia magicznej granicy może zostać utracony. Bo dziecko wcale na to nie czeka, jeszcze nie. Dziecko zamiast spotkać się z tym pięknym przejściem na miarę możliwości – zawiedzie się, a pokonaniem poprzeczki będzie zmęczone. Niezłe święto. Widuję czasem zmagania rodziców z pierwszoklasistami, mimo że naprawdę dobrze ich przygotowywali do tego święta.

Tu nie chodzi o to, żeby z mozołem pokonywać kolejny próg, doczołgać się do celu by potem od razu dostać kolejne wyzwanie. Czy na pewno dziecko ma całe życie gonić? Ja bym wolał, żeby raczej miało wielką radość z rozwoju, nie pytało się „czy dam radę” tylko „jak świetnie, że to umiem, chcę jeszcze!”.

Problem odpowiedzialności i samodzielności

Artykuł ten powstał w nawiązaniu do artykułu Doroty Zawadzkiej, która pisała dużo o zaufaniu swoim dzieciom czy szkołom. W związku z tym chciałbym tutaj podkreślić, że nie chodzi mi o brak zaufania w samodzielność dzieci. Wręcz przeciwnie, na każdym kroku promuję zaufanie do dzieci, że one potrafią bardzo wiele same ocenić. Najlepiej ze wszystkich znają swoje potrzeby i przede wszystkim bardzo się cieszą, jeśli w nie wierzymy i stawiamy kolejne wyzwania. Z tego względu sympatyzuję choćby z metodą Montessori, która te wyzwania stawia wysoko, która tak bardzo ufa dzieciom. Więc nie chodzi mi o to, żeby dzieciom zabierać trudności sprzed nóg, jak to było w „bezstresowym wychowaniu”.

Dziecięca szkoła odpowiedzialności

Moim zdaniem nie chodzi o to, żeby te poprzeczki stawiać w innym miejscu niż są dzieci. Każdy wiek ma swoje poprzeczki i mądry rodzic, który zaprasza dziecko do ich przeskakiwania nie musi się martwić o jego odpowiedzialność za siebie i samodzielność tylko dlatego, że dziecko pójdzie rok „później” do szkoły.

Zgadzam się też, że presja na szkoły, co by były jak najlepsze dla naszych dzieci to znacznie lepsza rzecz od narzekania. Zachęcam was, byście zrobili jak najwięcej praktycznych kroków do tego, by dziecko w szkole czy gdziekolwiek indziej czuło się dobrze. Przyznaję, że sam nie ufam polskiemu szkolnictwu, skoro wprowadza się taką reformę. Niemniej wierzę, że na poziomie jednostki można naprawdę wiele dla dzieci zrobić, Chciałbym, żeby to co się dzieje było dla rodziców jasne. Stąd otwarty i krytyczny ton. Nie narzekania, ale wskazania na problemy, które nie są brane pod uwagę, a są ważne dla naszych dzieci.

Blog Jarka Żylińskiego na Facebooku
Trwa ładowanie komentarzy...