Zanim zatrudnię absolwenta prywatnej uczelni...

Jeśli będziesz miał dyplom wartości makulatury, to będziesz mógł tam go zanieść. Za każdym razem kiedy się awanturujesz o niższy poziom wymagań – prosisz o obniżenie jego wartości. Z każdym leniwym czy słabym studentem, którego wyrzuci twoja uczelnia bez wykształcenia wyższego – twój dyplom zyskuje na wartości.

Tym razem nie o dzieciach, a o rynku pracy i studentach. W tych dziedzinach funkcjonuję prowadząc rozmowy rekrutacyjne i współpracując z Uniwersytetem Warszawskim. Stąd daję sobie prawo dodania "pięciu groszy".

Obniżanie poziomu zaliczenia na uczelniach zwróci się przeciwko studentom. Pracodawca zwykle nie jest głupi, już teraz wie, że wykształcenie wyższe nie musi nic znaczyć. Podczas rozmów o pracę, które zdarza mi się prowadzić, dla mnie ukończona uczelnia jest sygnałem, jak długo będzie trwała rozmowa i w jakim kierunku pójdę. Jeśli trafia mi się absolwent, który za swoje studia płacił, wiem, że w miarę swoich możliwości sprawdzę rzetelność wymagań jego wykładowców. Dopiero potem sprawdzę pozostałe cechy, które są ważne dla pracodawcy.

W moim przypadku zwłaszcza dotyczy to psychologów, bo nas często nie weryfikuje bezpośredni efekt pracy, tylko długofalowe efekty. Samopoczucie ludzi, z którymi pracujemy też nie jest jedynym wyznacznikiem naszych działań, choć oni mogą powiedzieć „wspaniały psycholog” (by po roku lub dłuższym czasie nieświadomie odczuć jego przeoczenie). To bardzo trudny zawód, do tego słabo weryfikowalny.

Tymczasem to, że uczelnie przyjmują wszystkich i wypuszczają prawie wszystkich znaczy, że mogę dostać na rozmowę człowieka o wiedzy licealnej...albo niższej. Jakimś sygnałem jest to, że maturę przeszedł zdarza się, że jest to ostatnia weryfikacja jego wiedzy.

Kiedy spotykam absolwenta studiów dziennych Politechniki Warszawskiej (niestety nie jest to moja branża, więc takowych nie rekrutuję) – to z marszu wiem, że to musi być człowiek o dużej pracowitości – jeśli jego kierunek jest oblegany – to być może o ponadprzeciętnej albo wiedzy albo inteligencji albo właśnie sumienności. Wiem, że się łatwo nie poddaje i nawet jeśli zakuł i zapomniał – to przynajmniej ma mocno przetarty ślad pamięciowy i szybko sobie przypomni. Zwłaszcza, że potrafi się uczyć jak mało kto. Inaczej by tej uczelni nie skończył.

Jeśli studenci obniżą tego typu renomę, to pracodawcy już nie będą ufać takim stereotypom uczelnianym, a może raczej je zmienią w te, które teraz mam ja, kiedy widzę napis „SWPS”, bo przyznaję, że tutaj alarm brzmi w mojej głowie wyjątkowo głośno. Staram się walczyć z takim wizerunkiem w głowie, żeby nie popadać w skrajność i dzięki dobrym absolwentom tej uczelni czasem się udaje dobrze współpracować (dziękuję). Dlatego na tę chwilę pozostaję przy dogłębniejszym „maglowaniu”, a nie skreślaniem z góry.

Niemniej stereotypy nie biorą się z niczego. Rozsądny pracodawca słysząc jak studenci wymuszają na uczelniach obniżenie wymagań, równocześnie podniesie poprzeczkę na rozmowie kwalifikacyjnej. Z kolei słysząc „szalonego” rektora dumnego z tego, że wyrzuca słabych studentów, zdecydowanie serdeczniej spojrzy na CV studenta, który przetrwał mimo tych „fanaberii" w postaci wymagań. Ja na swoją małą wojnę z SWPSem poszedłem słysząc, że przyjmują wszystkich i po rozmowach z absolwentami tej uczelni, którzy szczerze przyznają, że mogą (i czasem to robią), ale nie muszą się przesadnie uczyć, żeby zostać psychologami.

Bardzo dobrze rozumiem, że jeśli ktoś płaci, to powinien wymagać. Niemniej wymaganie obniżania wartości swojej uczelni jest głupie – odwróci się wcześniej czy później przeciwko studentowi. Jeśli już na niej jesteś – walcz o to, żeby twój dyplom coś znaczył. A jeśli wówczas sam nie wytrzymujesz wymagań – to cóż...wykształcenie wyższe ma swoją nazwę z jakiegoś powodu.

O wykształceniu wyższym pisałem także TUTAJ


Psychoblog Jarka Żylińskiego na Facebooku
Trwa ładowanie komentarzy...