Pomocny elementarz

Oceniając pierwsze fragmenty elementarza dla wszystkich pierwszoklasistów, trzeba sobie najpierw powiedzieć, po co w ogóle jest ten elementarz. Ja odbieram go jako książkę, która ma stymulować uczniów i nauczycieli do rozwoju i dobrych zajęć – z tego zadania elementarz wywiązuje się dobrze.

Różnorodność

Przeglądając „kartki” elementarza widzę jak różnorodne są tematy wynikające z każdej z nich. Posiłkując się jedną stroną można poprowadzić wiele ciekawych lekcji, puścić dzieciom wodze fantazji i zainteresowań. Każda z nich to spora ilość potencjalnych ścieżek rozmów i zabaw.



Świetnie, bo daje to dowolność wychowawcy przy jakim temacie będzie wplatał literki czy cyfry. Może wyczuć co interesuje klasę, albo w którym temacie on sam czuje się na tyle dobrze, by wciągnąć dzieciaki w zabawę i dyskusję.

Elementarz mógłby sobie wziąć każdy rodzic z dzieckiem młodszym czy starszym i za jego pomocą wyciągnąć coś ciekawego. Przeglądając go, z automatu pojawiały mi się w głowie kolejne zabawy (bo przez zabawę jest się łatwiej uczyć!) i tematy rozmów ciekawych dla dzieci. Przeszkadzać mogą jedynie pytania, które owszem, nie są złe, ale oby nie stały się dla bezmyślnego nauczyciela jedynym sposobem eksploracji elementarza. Tam jest znacznie więcej bogactwa, z którego warto skorzystać!

Jak wspominałem we wstępie, dla mnie elementarz powinien być źródłem inspiracji i pomysłów, a nie podręcznikiem do klepania. Jako taki – w rękach zaciekawionych dzieci i otwartego nauczyciela - ma szansę dobrze spełnić swoją rolę.

Bez wychowawczego "smrodku"

Elementarz nie jest narzędziem wychowawczym. Od tego są przede wszystkim rodzice, a w dalszej kolejności opiekunowie czy wychowawcy. Droga wychowania jest indywidualną decyzją przede wszystkim rodziców, zależną od sytuacji czy światopoglądu. Mogą do wychowania zaprosić także inne osoby pracujące z dziećmi. Nie służy jednak do tego elementarz.

Dlatego cieszę się, że te kartki książki, które zobaczyliśmy, nie próbują się w to wtrącać. Nikt nikomu nie musi pomagać, nikt nie robi niczego „ładnie, grzecznie”. Nikt nie „słucha się dorosłych” itp. itp. Jasne, jest sporo tematów, w których można pójść w rozmowy dotyczące wychowania czy światopoglądu. Mamy więc różne role społeczne, mamy niepełnosprawne dziecko, mamy osoby z innych krajów. Cały wachlarz inspiracji, ani jednego rozwiązania. Moim zdaniem – rewelacja.

Tematy światopoglądowe i moralne są bardzo ważne dla dziecka i na pewno pojawią się przy pracy z tym elementarzem. Zwłaszcza, jeśli będą chcieli tego wychowawcy czy rodzice. Ale co najważniejsze, są one podane w sposób otwierający, a nie zamykający. Przeglądając elementarz czułem, że autorki mówią do mnie: „masz, to jest ważny temat, dziecko się nim zainteresuje, ale to do Ciebie należy odpowiedź na pytania z tym związane”.

Pojawiają się czasem maleńkie podepchnięcia, „namaluj coś dla mamy”, „jak składniki wpływają na zdrowie”, „jak dbać o zwierzęta”, „o czym pamiętać na rowerze” i tym podobne. Niemniej nie są one bardzo nachalne, nadal dają przestrzeń rozmowy i w porównaniu z wychowawczym betonem wielu naszych szkół rzekłbym, że są nawet postępowe.

W neutralności poglądów nie chodzi tylko o to, że dzięki temu elementarz nie będzie odrzucony przez jednobiegunowe środowiska światopoglądowe. Po prostu wreszcie wychowanie zostaje przeniesione z papieru i programu tam gdzie powinno ono się znaleźć – na człowieka, który zna dziecko i odpowiada za jego wychowanie.

Infantylność

(Jak będę tylko chwalił, to powiecie, że mnie MEN kupił :) Więc żeby nie było tak różowo...)

To co mnie drażni w elementarzu, to dość infantylne traktowanie dziecka. Może nie na poziomie tragicznym, ale jednak przeglądając kartki elementarza czuję się trochę oderwany od rzeczywistości.

Nie wiem na ile to jest wina pierwszych kartek i budynku szkoły, który się jawi niczym „American dream”*. Klaustrofobiczne sale gimnastyczne naszych „tysiąclatek” na pewno umierają z zazdrości widząc piękną salę z trybunami. Ale ok – może takie obrazki marzeń podniosą oczekiwania naszych dzieci – to akurat byłoby dobre. Niemniej widzę w tych wszystkich rysunkach odrobinę infantylizmu, a dzieci lubią, żeby je traktować poważnie. Tymczasem na każdej stronie są takie ilości słodyczy i uśmiechu, że się czuję jakby to był elementarz nt. Tłustego Czwartku.

Nie wnioskuję o to, żeby epatować bólem i cierpieniem, ale czasem prosi się, żeby jednak przesłodzony obrazek zastąpić normalnym zdjęciem, żeby pokoik miał w sobie odrobinę ludzkiego bałaganu, a miny ludzkie były bardziej różnorodne. Niemalże radością napełnił mnie moment, kiedy ślimak Staś spadł z maślaka o imieniu Jaś. Cieszę się też, że bajka o trzech świnkach nie skończyła się polubownym przyjęciem, w którym świnki adoptują wilka, tylko po prostu – jak to w bajce – wilk poszedł precz.

Elementarz powinien być neutralny, przyjemny, bez niepokojów i strasznych emocji. Ale jednak jak dla mnie tej infantylnej słodyczy było odrobinę za dużo.

Przyznaję też, że czasem tematyka różnych stron może zdecydowanie nie sięgać możliwości dzieci. Rozumiem, że podstawa programowa ma niskie wobec nich wymagania i jest otwarta na ocenę poziomu klasy przez nauczyciela. Niemniej widzę w wyobraźni uśmiech rodziców niektórych sześciolatków, które w zwykłej zabawie nauczyły się czytać i liczyć. Uśmiech drwiący na widok strony uczącej cyfr „1” i „2”. Tutaj jednak na pomoc przychodzi wspomniana przeze mnie różnorodność elementarza, który nawet z tych stron pozwoli dobremu nauczycielowi wyciągnąć coś więcej, bardziej ciekawie, na poziomie także wyższym, jeśli na to pozwala poziom jego klasy.

Podoba mi się

Elementarz jest na razie dobry – nie wypada chwalić w pełni, jeśli jeszcze nie ma całości. Może dobrze spełniać swoją rolę inspirowania lekcji niezależnie od programu i celów nauczyciela. Daje wiele możliwości tematycznych i będzie potrafił się dopasować do potrzeb wielu dzieci. Nie narzuca się swoimi historiami i rozwiązaniami. Choć czasami jest trochę zbyt słodki. Mimo to muszę powiedzieć, że może być przydatny w nauce.

Psychoblog Jarka Żylińskiego na Facebooku


* - jak zobaczyłem rysunek szkoły to skojarzyła mi się od razu z wielką wymuskaną szkołą amerykańską w jednej z podwarszawskich miejscowości.
Trwa ładowanie komentarzy...