O autorze
Rodzicu usiądź obok mnie i posłuchaj. Słyszysz? To Twoje dziecko, teraz kiedy już je słyszysz i rozumiesz - na pewno się dogadacie. Ciebie też słucham, rozumiem, a nawet czasem doradzę.
Właśnie tym zajmuję się w żłobkach i przedszkolach; w Radio Bajka i na warsztatach we własnej firmie
FanPage na FB

Dzieci nie potrzebują zajęć dodatkowych

Patrzę na burzę medialną dookoła zajęć dodatkowych i nie mogę uwierzyć, że jesteśmy w stanie „w obronie dzieci” rozpętać małe piekiełko zupełnie nie myśląc o tym, co jest ważne dla tych dzieci i jakie są tak naprawdę inne DUŻE wady przedszkoli publicznych.

Nie zamierzam bronić zmian, które są związane z wchodzącym prawem. Tam też są pewne błędy – co zabawne, totalnie niezauważane. Zauważa się rzeczy, które są przeinaczone, oskarża się ludzi, którzy nie są winni. Impreza na całego. A ja bym chciał zwrócić uwagę NAJPIERW na dzieci, a dopiero potem na to, co w tych zmianach nie jest w porządku.

Dzieci nie potrzebują zajęć dodatkowych

Będziemy powtarzać do znudzenia. Dziecko przedszkolne bawiąc się swobodnie, bez ingerencji ludzi dorosłych (ale z zapewnieniem przez nich bezpieczeństwa) nie marnuje czasu. Co więcej, ono w tym czasie rozwija umiejętności, o których marzy każdy rodzic. Ale jako że zabawa swobodna kosztuje 0 złotych, to nikt w tej sprawie nie lobbuje – cóż, trudno się dziwić.

Dziecko w wieku przedszkolnym jest na etapie eksploracji, inicjatywy (około 3-6 rok życia, teoria rozwoju psychospołecznego Eriksona). To znaczy, że poznaje jak działa świat, ma wielką chęć sprawdzać różne mechanizmy. Bierze więc różne zabawki i przedmioty. Kombinuje jak można ich użyć, szuka nowych rozwiązań. Nie zawsze robi to tak, jak robią dorośli, bo chce samo poznawać, a nie tylko naśladować. Przy okazji uczy się wtedy kreatywności – dając mu na to przyzwolenie, może w przyszłości również będzie potrafiło rozwiązywać problemy inaczej niż standardowo, co bywa bardzo cenną umiejętnością.


Eksploruje także świat społeczny, więc bawi się z dziećmi. Dowiaduje się, że ugryziony kolega nie chce się bawić, za to obdarowany koparką do zabawy – owszem, chętnie. Uważny wychowawca czasem podpowie i zachęci do jakiejś próby, ale ono chce znać cały wachlarz możliwości bycia w grupie. Sprawdza i wybiera rzeczy, które są dla niego dobre i odrzuca te złe. Nie „na słowo”, ale po spróbowaniu.

Dziecko czując przyzwolenie opiekunów na inicjatywę i zdobywanie świata nabiera też pewności siebie. Tego, że jego pomysły są dobre i wspierane. Że może słuchać swoich osądów i opinii w różnych sytuacjach. Rozwija się jego oparcie na własnej opinii co może być drogocenne za 10 lat w kontekście konfrontacji z wpływami środowiska, gdzie nie rodzic, ale samo dziecko będzie musiało powiedzieć „nie” koledze proponującemu papierosa.

Jeśli otoczenie jest sprzyjające, nie ma przeciwwskazań do poznawania nowych umiejętności związanych z nauką. Nie ma niczego złego w klockach w kształcie literek. Miło jest też potańczyć wspólnie do różnych rodzajów muzyki, na różne sposoby, które poda mądry wychowawca/nauczyciel rytmiki itd. itp.

Najlepiej jednak uczy się rzeczy, które samo wybiera – bardzo dobrze o tym wiedzą w przedszkolach Montessori. Trzeba tylko mądrze rozłożyć dzieciom wachlarz możliwości i niespodziewanie bez stosowania środków przymusu dziecko osiąga umiejętności, o których się rodzicom nie śniło.

Z czasem dzięki kreatywności, umiejętności manipulacji różnymi przedmiotami na różne sposoby. Dzięki odwadze do sprawdzania i eksperymentowania, bo nikt nie ganił za poznawanie świata – ma świetne umiejętności do wchodzenia w czas szkolny, kiedy będzie miało chęć do nabywania konkretnych umiejętności. Odpowie na oczekiwania podstawy programowej „gotowość do nauki czytania i pisania”. Kiedy będzie miało przyjemność (tak!) z pracy nad nimi. Nie będzie miało skojarzenia z przedszkolnym przymusem.

Fachowcy w przedszkolu

Bardzo dobrze to rozumieją ludzie, którzy znają psychikę dziecka przedszkolnego i wiedzą jak mu podawać nowe umiejętności – bo to przecież nic złego. Wiedzą, jak z umiejętności grafo-motorycznych zrobić dobrą zabawę. Podobnie jak z zabawą z muzyką czy tańcem. Wyczują kiedy trzeba powiedzieć „stop”, bo za chwilę dziecko już przestanie korzystać z zajęć, a zacznie łapać do nich opór.

To przez wgląd na to wyczucie mam głębokie zrozumienie dla oczekiwań, że zajęcia dla dzieci muszą być prowadzone przez ludzi wykształconych pedagogicznie, a przynajmniej pod ich okiem. Jeśli takie wykształcenie jest jeszcze poparte wykształceniem kierunkowym – wówczas mamy raj, bo nie znając się na tym mimo wszystko rozumiem, że rozwój mowy, motoryki, umiejętności muzycznych czy językowych ma swoje prawa i głębokie rozumienie tych praw razem ze zrozumieniem specyfiki dzieci daje połączenie idealne. Każdemu życzę takich nauczycieli, a przecież na kierunkach muzycznych czy logopedycznych nie ma problemu ze zdobyciem uprawnień pedagogicznych. Nauczyciele przede wszystkim oni MUSZĄ rozumieć i znać się na dzieciach. Muszą też znać się na tym czego uczą. Moim zdaniem to dwa konieczne warunki.

Problem leży gdzie indziej

Sporo wspominałem o potrzebnym spokoju, mądrym wychowawcy i swobodzie dzieci. Jest pewien temat związany z publicznymi przedszkolami, którego do tej pory w swoich tekstach nie chciałem poruszać. Pomyślałem, że rodzice nie chcą wydawać pieniędzy na przedszkola, bo ich nie mają. Więc przyjmują to wszystko tak jak jest. Tymczasem zakaz wydawania swoich pieniędzy spotkał się z gwałtowną reakcją. Super.

W związku z tym, że dzieci jak każdy człowiek do rozwoju potrzebują spokoju, to nie rozumiem, czemu ta energia nie idzie na głęboki sprzeciw wobec tego, że dzieci w przedszkolach publicznych są w wielkich armiach. Grupa trzydziestoosobowa to jest źródło wielkiego przemęczenia zarówno wychowawców jak i dzieci. Ani nie ma tutaj mowy o mądrym i czujnym wychowawcy, ani o indywidualnym i wrażliwym podejściu, bo często utrzymanie 30-osobowej grupy wymaga jasnych i mało elastycznych zasad – po prostu z racji na bezpieczeństwo dzieci.

Niech będzie jasne – ja nie podważam w tym momencie kompetencji wychowawców – raczej wątpię, czy ich kompetencje mogą być dobrze użyte przy trzydziestce trzylatków.

Zaręczam, że wasze dzieci wracałyby do domu znacznie mniej zmęczone i rozwinęłyby się szybciej pod kilkoma względami, gdyby pieniądze, które chcecie przekazać na niepotrzebne często zajęcia dodatkowe poszły na przykład na zmniejszenie grup (czyli zatrudnienie dodatkowych nauczycieli). Wtedy z dużo większą wrażliwością wychowawcy mogliby czuwać nad dzieckiem eksplorującym otoczenie i mądrze podpowiadać mu aktywności wspomagające rozwój.

Przecz z presją

Znaczna część tego co się dzieje wynika także ze zmiany wieku szkolnego dzieci. Idą rok wcześniej do szkoły, więc rodzice nagle chcą, żeby dziecko umiało rok wcześniej to, co rodzice wiedzieli idąc do szkoły, a to tak nie działa. Chcenie jest tutaj niewiele warte, a mózg dziecka nie jest z plasteliny.

Przede wszystkim więc nie oczekujmy od dzieci, że się będą rozwijać w nie swoim tempie. Tak się nie da. One mają swoje tempo, możemy je stymulować, zachęcać do różnych aktywności (w małych grupach jest to prostsze...), ale nie przeskoczymy tego dociskając zajęciami. Tempa rozwoju dzieci nie zmieni ani reforma ani nasze oczekiwania. Jak będzie gotowe, to się nauczy czytać w przedszkolu – jak nie, to nie.

Druga istotna rzecz, to razem z reformą edukacji przyszła także zmiana podstawy programowej w szkole. Oczekiwania wobec dzieci mają być dostosowane do tego, że idą one o rok wcześniej do szkoły. Więc nie mają na przykład czytać – ale być gotowe do nauki czytania. Jeśli jakiś nauczyciel w szkole Wam mówi, że ma być inaczej – to niech on zmieni swój mózg, a nie wasze dziecko. Bo to on się myli i dziecko nie powinno za to płacić.

Jeśli wasze dziecko, w sytuacji kiedy jest dobrze zaopiekowane i prowadzone przez przedszkole nie jest w stanie spełnić norm programowych, to znaczy, że jego mózg nie jest w stanie i potrzebuje kolejnego roku. Nie musi to znaczyć, że zostało za słabo dociśnięte. Złości nas w większości zmiana wieku szkolnego – to jest w porządku. Ale nawet jeśli ona weszła to nie musi to znaczyć tego, że dziecko teraz musi za to płacić. Rodziców i wychowawców w tym zadanie, by dać dziecku optymalną przestrzeń do rozwoju i jeśli uda się spełnić wymagania – puścić je do przodu, a jak nie – dać mu potrzebny czas, o który przecież wiosną rozpętaliśmy wojnę medialną.

Dezinformacja

Obiecałem na końcu zająć się samą burzą dookoła reformy dotyczącej zajęć dodatkowych. Mam tu poczucie głębokiej dezinformacji.

Otwieram stronę MEN i widzę bardzo klarowne informacje o tym, jak dotowane są przedszkola. Widzę informację, że na ten cel w 2013 roku przeznaczone będzie 414 złotych na każde dziecko, co przy grupie 20-paro osobowej daje dwa i pół tysiąca złotych na miesiąc. Zajęcia dla dzieci trwają około 15 minut w przypadku maluchów do pół godziny w przypadku starszych dzieci.

Nauczyciel z zewnątrz (o tym zaraz) powiedzmy, że weźmie 100 złotych za godzinę (to dużo) – w tym czasie może pracować z trzema grupami. Czyli daje to około 33 złotych za zajęcia. 2500 złotych / 33 = 75 zajęć dodatkowych w tygodniu … 22 dni przedszkola w miesiącu = 3-4 zajęcia dodatkowe dziennie. Inna interpretacja sugeruje, że z tej sumy zostanie 1 / 2 lub 1/ 3. Co i tak jest sumą wystarczającą na utrzymanie poziomu zajęć.

Co więcej, strona MEN informuje, że zajęcia dodatkowe mogą być prowadzone przez firmy zewnętrzne. Aczkolwiek należy najpierw sprawdzić swoje kompetencje w zakresie danych zajęć oraz poszukać między nauczycielami (więc jeśli wszyscy zawodowcy wzgardzą pensją nauczycielską – nie ma problemu). MEN nie wyklucza także udostępniania przedszkola dla podmiotów zewnętrznych do prowadzenia zajęć – nie widzę więc zasadności krzyku, że trzeba będzie latać z dzieckiem po zajęciach zewnętrznych.

Otwieram potem stronę Biura Edukacji m.st. Warszawy i widzę, że tych zajęć jest znacznie mniej, do tego wliczone są do nich te, które są w podstawie programowej (rytmika), czyli być powinny z założenia. Do tego nie ma ani słowa o firmach zewnętrznych. Z kolei dyrektorzy się zasłaniają, że nie mają pieniędzy na nauczycieli, a ci się skarżą na propozycje 1/16 etatu. Jeśli to znaczy, że są w przedszkolu 1,5h i mają przy tym opłacane składki zdrowotne i społeczne… to nie jestem pewien, czy skarga jest uzasadniona, ale nie upieram się przy tym.

Podsumowując. Rozumiem każdy sprzeciw przeciwko przymusowi. Nie podoba mi się, że ktoś komuś zakazuje łożenia pieniędzy na swoje dzieci. To już nie te czasy, więc rozumiem bunt przeciwko takim praktykom. Rozumiem chęć wsparcia państwa wobec dzieci, których rodzice nie mają pieniędzy na wsparcie rozwoju dzieci. Niemniej mam wrażenie, że burza wobec tej sytuacji jest zupełnie nie w tym miejscu, którym powinna.


Psychoblog Jarka Żylińskiego na Facebooku


Na ten temat będziemy rozmawiali także w audycji "Psychoblog Jarka Żylińskiego" w najbliższy poniedziałek o 21.10 w Radiu Bajka.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...